niedziela, 18 maja 2014

Rozdział 3

Kiedy wszyscy wyszli z sali, widzę w drzwiach starszego, już łysego mężczyznę w sutannie. Uwagę przykuwa jego duży, zakrzywiony nos i niezwykle przyjazny uśmiech.
- Szczęść Bożę - mówi lekko zachrypniętym głosem.
- Podobno wszystko już ze mną dobrze. Chyba nie potrzebuję ostatniego namaszczenia - zaczynam..
- Dzisiaj wyjątkowo nie po to tutaj jestem - uśmiecha się - Sally Roselyn, prawda? Można? - wskazuje krzesło stojące obok łóżka.
Przytakuję.. Nie bardzo mogę się ruszać przez gips.
- Przyszedł ksiądz porozmawiać o cudach?
- W pewnym sensie. Spokojnie, nie będę ci tu prawił kazań. Myślę, że sama dobrze wiesz czego ci trzeba. Dlatego chciałbym, żebyś to przeczytała - wręcza mi trochę wygniecioną kopertę.
- Co to jest?
- List do twojego dziadka.
- Mój dziadek nie żyje. Zginął w wypadku dwa lata temu - mówię oddając mu list.
- Wiem, był moim dobrym przyjacielem. Poza tym przeczytaj dokładnie nadawcę.
Spoglądam na kopertę.
- Elizabeth Sadowski - unoszę brwi - Kto to?
- Byliśmy z Henrym i Elizabeth najlepszymi przyjaciółmi. Wychowaliśmy się na jednym podwórku. Spędziliśmy ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę. Jak sobie pomyślę co my wtedy wyrabialiśmy - śmieje się - Mogę ci tylko powiedzieć, że wbrew pozorom młodzież jest dzisiaj nieco spokojniejsza.
- Skoro się przyjaźniliście, to dlaczego nigdy księdza nie poznałam?
- Zaraz po szkole poszedłem do seminarium, potem byłem przenoszony do różnych parafii, nie mieliśmy możliwości się spotkać. Ale często pisaliśmy i dzwoniliśmy do siebie.
- A Elizabeth?
-  W wieku szesnastu lat miała ten sam wypadek co ty. W jej przypadku było to jednak dużo gorsze w skutkach. Podczas upadku została ciężko ranna. Przeszła kilka operacji, ale nigdy nie mogła mieć dzieci. Po wyjściu ze szpitala kompletnie się załapała. Henry był przy niej cały czas. Bardzo się wtedy do siebie zbliżyli. Myślałem nawet, że zostaną parą i chyba rzeczywiście było tak przez krótki czas. Tak czy inaczej, Elizabeth wyjechała i kazała mi dać ten list twojemu dziadkowi.
- W takim razie, dlaczego go nie dostał?
- Próbowałem mu to dać, ale Henry powiedział, że mogę to zniszczyć. Miałem jednak nadzieję, że kiedyś się komuś może przydać. I miałem rację.
- Czytał ksiądz ten list? A ciekawość to nie jest pierwszy stopień do piekła? - śmieję się.
- To prawda - też się uśmiecha - Ale nie, nie czytałem, dlatego, żeby jak mówisz zaspokoić ciekawość. Wręczając list Elizabeth powiedziała mi, że są w nim odpowiedzi na wszystkie moje pytania.
- W sumie na jedno wychodzi.
- W sumie tak. Z tą różnicą, że miałem pozwolenie od Elizabeth - odpowiada.
- I ten list ma mi pomóc?
- Nie wiem, czy pomóc, ale na pewno zrozumieć, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Nawet jeśli to trudne do wyjaśnienia.
- W takim razie dziękuję. Chyba.
- Będę się już zbierać. Jeśli będziesz miała jakieś pytania, zadzwoń. Pisze swój numer na kartce i wychodzi.. Spoglądam na kopertę. Jest wypisana drobnym i zgrabnym pismem. Tak samo jak kartka w środku. Czuje się trochę dziwnie, że trzymam w rękach list do mojego dziadka, ale w końcu zaczynam czytać.

Nowy York, 12.06.1983
Drogi Henry,
nie wiem czy wiesz, ale płaczę pisząc ten list. Nie wiem też, czy to z żalu, czy z wdzięczności. Mam tylko nadzieję, że łzy nic mi tu nie rozmażą. Na pewno zastanawiasz się, dlaczego Ci o ty wszystkim po prostu nie powiem. Ostatnie spotkanie potraktowałam jak pożegnanie. Nie chcę do tego powracać, zwłaszcza, że ciągle mam przed oczami Twoją twarz. Wiem, że jestem Ci winna wyjaśnienia, ale zrozum, że lepiej dla nas, jeśli nie będę ci za wiele tłumaczyć. Mogę powiedzieć tylko tyle, że wyjeżdżam do Polski. Kto wie, może jest tam może jeszcze jakaś moja rodzina. Chcę stąd uciec, zapomnieć te trzynaście lat. Pewnie poznałbyś kogoś, założył rodzinę. Ja nie mogę Ci dać takiego szczęścia. Wiem, że nigdy nie spłacę długu wdzięczności, jaki mam wobec Ciebie. Dlatego mam nadzieję, że wynagrodzę Ci to choć w małym stopniu i zniknę. Pamiętaj, że najbardziej pragnę, żebyś był szczęśliwy. Niech Bóg ma Cię w swojej opiece.
Elizabeth





Jest trzeci rozdział, jak zwykle proszę o rady w komentarzach :) Miał być już wczoraj, ale ledwo się wyrabiam z lekcjami i z góry przepraszam za drobne opóźnienia.

sobota, 3 maja 2014

Rozdział 2

Nie czuję bólu. Czuję coś znacznie gorszego. Ciemność jest wszędzie. Nie wiem gdzie jestem, kim jestem. Nie mogę myśleć, przygniata mnie z każdej strony. Nie mam nawet pojęcia ile to trwało. Wiem tylko, że potem zaczyna się robić jakby jaśniej. Ze wszystkich stron bije białe światło. Nagle przede mną pojawia się jakaś postać. Wydaje jakby płynąć i latać jednocześnie. W końcu, kiedy się do mnie zbliża, widzę jej twarz. Dziadku? Widzę dokładnie jego zmarszczki wokół niebieskich, wesołych oczu, bliznę na policzku. Próbuję wyciągnąć do niego rękę. On tylko uśmiecha się do mnie i powoli zaczyna znikać.Wyrywam się w jego stronę, płaczę i krzyczę. Dlaczego znów mnie opuszcza? Patrzę w pustą, powoli ciemniejącą przestrzeń. Po chwili znów pojawia się ciemność. Szczerze mówiąc wolałabym już w niej pozostać. Bólu, który przychodzi chwilę później, nie da się opisać. Czuję jakby po moim ciele rozpływała się trucizna. Może bym tak nie cierpiała, gdyby zrobiła to szybko. Ona jednak uparcie spowalnia w każdej komórce ciała. Największy ból dokucza mi w klatce piersiowej. Mam ochotę wyrwać ją sobie gołymi rękami. W końcu zaczyna jakby tężeć. Czuję się jakbym nurkowała, przygniata całe moje ciało. Potem biorę gwałtowny oddech i otwieram oczy.

Pierwsze co widzę to biały sufit i wisząca nade mną kroplówkę. Patrzę na spływający po rurce płyn i po prostu leżę. Nie chcę myśleć o tym, gdzie jestem ani dlaczego. Podoba mi się to otępienie. Niestety za chwilę przerywają go jakieś głosy. Kilka osób wparowało do sali i  pochylają się nade mną. Świecą mi czymś w oczy, wciskają jakieś przyciski. Czego ode mnie chcecie? Zostawcie mnie w spokoju.
- Sally! Kochanie!
Mama jest cała zaczerwieniona, a po jej twarzy płyną łzy.
- Masz złamane żebra i nogę, podejrzewają też wstrząs mózgu. Ale żyjesz skarbie, żyjesz - mówiąc to wybuchnęła płaczem i wtuliła się w moją rękę.
O czym ona mówi? Co się stało? Próbuję sobie coś przypomnieć, ale czuję tylko wielką pustkę. Poza tym powieki zaczynają mi strasznie ciążyć.
- Tata pojechał po Jasona do szkoły. Potem do ciebie przyjdą. Dostałaś dużo środków przeciwbólowych. Prześpij się, ja nigdzie nie idę.

Jednak, kiedy znów otwieram oczy, zobaczyłam Willa. Jego zatroskany wzrok przypomniał mi coś. Tamten dzień, imprezę u Charliego.
- O Matko! Czy ja spadałam z dachu? Ale wstyd.
- Leżysz cała połamana, w gipsie i martwisz się, że to wstyd? Chyba jednak uderzyłaś się głowę - patrzy się na mnie jak na wariatkę.
- Daj spokój. Jakim cudem to się w ogóle stało? Hmm.....a tak właściwie to jaki mamy dzisiaj dzień?
- Czternasty października.
Czternasty. Czyli leżałam tak dwa tygodnie. Spoglądam na Willa. Ściska mnie za rękę.
- A co... - zaczynam drżącym głosem, ale nie jestem w stanie dokończyć. Łzy zmoczyły mi już poduszkę.
- Twoi rodzice nie opuszczali cię nawet na chwilę - mówi - W szkole wszyscy mnie pytają jak się czujesz.
- I co im mówisz? - pytam.
Spuszcza wzrok, jakby bał mi się spojrzeć w oczy.
- Sally, wiesz, że to praktycznie niemożliwe. Spadłaś z czwartego piętra, a masz tylko złamane żebra i nogę - teraz patrzy już na mnie - To chyba cud.
- Cud, że żyję - dokańczam.
Patrzymy się na siebie w ciszy. Nikt nie musi nic dodawać. Co takiego zrobiłam, czym sobie zasłużyłam, że Bóg nie pozwolił mi odejść? Tyle niewinnych ludzi ginie codziennie w wypadkach, a ja jakimś dziwnym trafem żyję po upadku z czwartego piętra. O co tu chodzi?
- Siostra!
Do sali wchodzi Jason z tatą. Will odsuwa się ode mnie i ukradkiem wyciera łzę kawałkiem koszuli. Tata całuje mnie w czoło.
- Dobrze, że już jesteś z nami - uśmiecha się.
Potem przychodzi mama i w piątkę jemy obiad. Staramy się rozmawiać normalnie. Dowiaduję się, że moja drużyna wygrała turniej koszykówki, a nauczycielka od angielskiego jest w ciąży.
- Właśnie, a co ze szkołą? - pytam.
- Rozmawialiśmy z lekarzem - mówi mama - Normalnie wypuściliby cię do domu, kiedy kości by się trochę zrosły. Jednak biorąc pod uwagę twoją sytuację, chcą zostawić cię w szpitalu do końca rehabilitacji. Załatwiliśmy ci indywidualne nauczanie.
Tyle miesięcy w szpitalu. Chyba oszaleję.
- Przepraszam - pielęgniarka puka do drzwi - Ksiądz chciał się już zobaczyć z Sally.


Przedstawiam wam mój drugi rozdział. Wiem, że nie jest idealny, dlatego proszę was o rady w komentarzach. Postanowiłam, że posty będę dodawać w każdą sobotę. Oczywiście o ile to będzie możliwe :)

środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 1

Mieszkamy w czwórkę w dwupiętrowej kamienicy w Nowym Yorku. Nie mamy sąsiadów, bo nie ma tam żadnych innych mieszkań. Moja rodzina zajmuje całe drugie piętro, do którego prowadzą stare schody. To dzięki nim mam szczupłe i umięśnione nogi. Mają wysokie progi i są na tyle dziwnie ułożone, że obcy mają wrażenie, że doszli co najmniej na piąte piętro. Tak czy inaczej, w końcu docieramy do solidnych, brązowych drzwi. Kiedy je otworzymy, przeniesiemy się w inny, nowoczesny, ciepły i rodzinny świat. Mój świat. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to jasny kwadrat z czterema pokojami. Wchodzimy do dużego salonu, z którego nikt nie ma ochoty wychodzić. Po lewej stronie jest wmurowany kominek, w którym wesoło strzelają płomienie. Nad paleniskiem wisi telewizor, wieczorny obiekt pożądania każdego z domowników. Obok stoi regał z książkami i rodzinnymi albumami. Nie wspomniałam jeszcze o bardzo ważnym elemencie wystroju naszego domu. Na kominku stoi rząd fotografii z różnych imprez, wakacji i pikników. Jednak to największe, najważniejsze zdjęcie zawsze stoi na środku. To mój dziadek, Henry Roselyn. Zginął w wypadku dwa lata temu. Do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, że tak szybko od nas odszedł. Był najcieplejszą, najukochańszą, i najuczciwszą osobą, jaką kiedykolwiek znałam. Jak byłam mała, całe dnie spędzałam z nim na rybach, spacerach, naprawiając samochody czy czytając książki. Babci nie znałam, zmarła jeszcze przed moimi narodzinami. Od taty wiem, że nigdy nie przejmowała się za bardzo rodziną. Jednak od dziadka nigdy nie usłyszałam złego słowa na jej temat. Kiedy o nią pytałam, zawsze odpowiadał coś w stylu "Amanda nie była złym człowiekiem. To życie po prostu jej się nie ułożyło." Wiedziałam, że bardzo ją kochał. Tak samo jak tatę. Był dla niego oparciem w każdej, lepszej lub gorszej chwili. Uczył cierpliwości, miłości i szacunku do wszystkiego i każdego. W ten sposób tata założył rodzinę, kupił to mieszkanie. Zawsze unoszą się tu zapachy kwiatów, kawy i przygotowywanego obiadu. 
- Tom, podasz mi sól? A co myślisz o Lazurowym Wybrzeżu?
- Jak dla mnie super. Może wreszcie uda nam się wyjechać na dłużej, Wyjęłaś już mięso z lodówki? 
To moi rodzice, Sandra i Tom. Jak zwykle słuchają radia, przygotowują obiad i rozmawiają o wakacjach. Jak zwykle pogodni, uśmiechnięci, szczęśliwi. Krzątają się po kuchni, a raczej kąciku w salonie z białym meblami i hydrauliką. Moja mama jest dekoratorką wnętrz, zaprojektowała wszystko tak, że nasze mieszkanko wygląda na małą willę. Kiedyś śmialiśmy się, że...
- Ile razy ci mówiłem, żebyś nie ruszała moich gier?!
A to już Jason. Dwunastoletni, jak na mój gust trochę za nerwowy brat. A ja jestem Sally. Mam szesnaście lat, brązowe falujące włosy, niebieskie oczy i najlepszego przyjaciela, Willa. Chodzę do drugiej klasy East High School i gram w koszykówkę. Myślę, że jestem ogromną szczęściarą i w życiu spotkało mnie naprawdę wiele dobrego. Szkoda, że nie mogła tak już pozostać na zawsze. 

***

Na parkingu East High School jest już pełno samochodów i uczniów zmierzających w stronę szkoły. Dzisiaj idę razem z Willem, który bezskutecznie próbuje nauczyć mnie czegoś na sprawdzian z fizyki.
- Wiesz chociaż co to jest Newton? - pyta.
- To chyba jakaś roślina, nie? - lubię się z nim droczyć - Daj spokój, jedynka to nie koniec świata.
- Kolejna jedynka. Możesz mi wytłumaczyć jakim cudem masz piątki z chemii i matematyki, a nie możesz załapać podstaw fizyki?
- Wrodzony talent - odpowiadam z uśmiechem.
- Jakim cudem zdajesz?
- Może to mój urok osobisty.
- Z tym to się akurat zgodzę!
Nie mógł tego powiedzieć nikt inny, jak tylko Charlie, szkolny podrywacz. Dziewczyny mdleją na widok jego czarnych, kręconych włosów, zielonych oczu i dołeczków w policzkach. Mimo, że ma słabość do kobiet, to jednak nadal pozostaje dobrym kumplem. Patrzę jak chłopcy się witają. Willowi też niczego nie brakuje. Blond włosy, wesołe szare oczy, zniewalający uśmiech. Opalony i dobrze zbudowany. Przede wszystkim jest po prostu dobrym przyjacielem. Nieraz śmiałam się z nim jeżdżąc na rolkach, albo płakałam na jego piersi.
- Przyjdziecie w sobotę na moje urodziny? Rodzice zgodzili się na imprezę - mówi Charlie.
- Zgodzili się na imprezę w nowym domu? - pyta Will.
- Nie jest jeszcze wykończony, więc zawsze można coś naprawić. Nie powinno być problemów z odzyskaniem kasy - imieje się.
- Nie ma to jak ojciec prawnik. Przyjdę w sobotę, ale muszę już iść do szatni. Do zobaczenia! - krzyknęłam i pobiegłam w stronę sali gimnastycznej.

Kiedy przyjeżdżam, impreza już się rozkręciła. Przyszło wiele osób ze szkoły, parę z osiedla. Szybko odnajduję Charliego i daję mu prezent. Od razu prowadzi mnie do salonu. Wszędzie gra muzyka, wszyscy świetnie się bawią.
- Zatańczymy?
Odwracam się i widzę Willa w rozpiętej koszuli i białym podkoszulku.
- Taki przystojniak chce ze mną zatańczyć? - uśmiecham się.
Przewraca tylko oczami i ciągnie mnie w stronę tańczących osób.
- Jak się bawisz? - pyta kręcąc mną dookoła.
- Świetnie - odpowiadam - Ale Jennifer chyba nie najlepiej.
Nic nie mówi.
- Daj spokój, wiem, że ci się podoba.
- I co z tego?
- Idź do niej, też cię lubi.
- A ty?
- Ja pójdę się przewietrzyć, trochę mi się kręci  w głowie po tych tańcach. Pokaż jej klatę, może będziesz miał większe szanse.
Spogląda na mnie z politowaniem, ale idzie w stronę Jennifer.Nie kłamałam, naprawdę mam coraz większe mdłości. Wychodzę na taras na szczycie budynku. Widok zapiera dech w piersiach. Nad nami wznoszą się wysokie, szklane biurowce. W oknach odbija się zachodzące słońce. Podchodzę bliżej krawędzi. Nie ma jeszcze barierki. Spoglądam w dół na szczekającego psa. Potem podnoszę wzrok, ale coś jest nie tak. Budynki powinny przecież stać nieruchomo. Czuję tylko, że nagle zrobiło się wietrznie. A potem pochłoania mnie ciemność.


No i jest - mój pierwszy rozdział. Proszę, jeśli go czytacie, napiszcie czy wam się podoba. Będę wiedziała co ewentualnie muszę poprawić. Posty postaram się dodawać co tydzień, chociaż może to być trudne ze względu na szkołę. Na razie zostawiam was z lekturą :)

Prolog

Skok z czwartego piętra można chyba nazwać śmiercią, prawda?

Jednak to nie koniec. To dopiero początek.